Iluzja Busoli

Kiedy charakter boga staje się (najgorszą) cechą rodzica…

O rozkręconej szkolnej ławce i mądrym konserwatorze

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 20 grudnia 2017

Dzień dobry pani Kasiu.

Dziękuję za informację. Rozmowa została przeprowadzona. Przygotowałem synowi śruby do uzupełnienia tych brakujących w ławce, zakładam, że uda mu się naprawić mebel.

Syn twierdzi, że śrub nie wykręcił, a nauczyciel „przyłapał go” raczej na schylaniu się / wypakowywaniu, niż rozkręcaniu. Twierdzi, że tego nie zrobił, i, jakby się nie upierać, istnieje prawdopodobieństwo, że mówi prawdę. Nie byłem świadkiem tej sytuacji, więc trudno mi wyrokować, natomiast moją rodzicielską powinnością jest ufać również własnemu dziecku (a może i przede wszystkim swojemu dziecku), i założyć przynajmniej, że obie sytuacje (zrobił / nie zrobił) są równie prawdopodobne (też podrzuciłem kiedyś koleżance do plecaka napoczętą gumę do żucia, sam nie wiem czemu to zrobiłem). Może i był to mój jedyny „wyskok” w karierze szkolnej, ale i mnie (jak widzę) zdarzyło się zrobić coś głupiego (pewnie nie raz, pewnie nie wszystko pamiętam, a może i część rzeczy wyparłem, nie wiem). O, jeszcze jedno mi się przypomniało. W „amoku pierwszej miłości” wyrżnąłem na brzegu ławki scyzorykiem „kocham Kasię P.”. To było dopiero głupie… Normalnie oszpeciłem ławkę. Może nie była nowa, może i po tysiąckroć była już oszpecana, ale mimo wszystko… Zupełnie do mnie niepodobne (tym bardziej że że chyba nigdy nie zszedłem poniżej wzorowego czy bardzo dobrego zachowania), inna sprawa, że czerwonego paska doczekałem się dopiero w szkole średniej, i było to niestety jednorazowy epizod (trochę późno zorientowałem się w wadze swojej roli).

Przygotowałem synowi śruby, i poprosiłem, by naprawił ławkę. Nie będę go „cisnął”, czy to zrobił, czy nie, bo, po pierwsze, prawdy i tak nigdy nie dojdę (nie jestem na 100% dociec prawdy), po drugie najzwyczajniej w świecie istnieje prawdopodobieństwo, że tym razem / tego akurat nie zrobił. Pomyślałem, że zamiast brnąć w rodzicielskie absurdy zrobię coś pożyteczniejszego. Ponieważ tylko on sam wie, jak było na prawdę, zaproponowałem mu rozwiązanie na obie sytuacje.

Powiedziałem tak:

„Nie było mnie w tym momencie w klasie i tak na prawdę nie wiem, co się naprawdę zadziało. Znam wersję twoją i nauczyciela. Tak na prawdę tylko ty wiesz jak było w rzeczywistości. Dlatego podpowiadam ci dwa rozwiązania. Jeśli rzeczywiście rozkręciłeś ławkę, weź proszę te śruby, przeproś panią i napraw ławkę. Każdy zrobił kiedyś coś głupiego, czasem nie raz. W takiej sytuacji po prostu przeproś za rozkręcenie i napraw. Jeśli natomiast jesteś na 100% pewien, że tego nie zrobiłeś, weź proszę śruby, napraw ławkę, i powiedz pani, Proszę pani, naprawiłem ławkę, bo ojciec mnie o to poprosił, poza tym też chcę, by ławka była naprawiona. Ale chcę też, by Pani wiedziała o tym, że ja na prawdę tego nie zrobiłem. Na to co powie / jak zareaguje Pani nie masz już wpływu. Zrób tyle, na ile masz wpływ. Tylko ty wiesz, jak było na prawdę.

Znając „zaradność” syna zakładam, że nawet jeśli tego nie zrobił, pewnie po prostu założy śruby, i już nie będzie wracał do tematu. Prędzej się obrazi, powie nie to co trzeba (może i trzaśnie drzwiami), niż godnie zawalczy o prawdę. Niemniej staram się go uczyć również tego, by był asertywny (nie musi brać zawsze wszystkiego na siebie, jeśli jest pewien, że czegoś nie zrobił) ale może o to zawalczyć w sposób godny i kulturalny (nawet w sytuacjach z pozoru trudnych). Zdaję sobie również sprawę z tego, że syn „kryształowy” nie jest, i nie raz upierał się (całkiem niepotrzebnie) przy nieprawdzie, ale to już jest inna bajka (to sygnał dla mnie by zastanowić się, dlaczego tak się dzieje, co wcale nie znaczy, że musi mi się zaraz udać pomóc mu ten problem rozwiązać). Mam też świadomość tego, że zdarzały się w jego przeszłości, gdy był w pewnym sensie „zmuszany” do tego, by przyznał się do czegoś, czego nie zrobił. Nie koniecznie w szkole. A tego chciałbym uniknąć, będąc rodzicem.
Wierzę, że ławkę naprawi (niemniej będę wdzięczny za sprawdzenie tematu, i informację zwrotną, czy z ławką wszystko w porządku).

Gdyby rzeczywiście miał nie rozkręcić tej ławki, życzyłbym sobie („pobożne życzenia” / ambicje rodzica) by zaznaczył „naprawiłem, ale nie ja rozkręciłem”). Równie bardzo życzyłbym sobie, by powiedział przepraszam (umiał się przyznać i przeprosić, jeśli rzeczywiście to zrobił). Jak wspomniałem – „pobożne życzenia” rodzica. Może kiedyś zaowocuje / zadziała.

Inna sprawa, że ujemne punkty zostały wpisane. Ciekawe czy ktokolwiek / kiedykolwiek zastanawia się czy wpisanie punktów rzeczywiście zawsze jest na 100% fair (ale to też inna bajka).

Tak już całkowicie poza tematem, gdy sięgnę pamięcią do własnych czasów szkolnych, pamiętam, że i w naszej szkole był „boom” na wykręcanie śrubek z krzesełek. Jeśli dobrze pamiętam, woźny zajął się krzesełkami i zaspawał (zdeformował spawarką) końcówki gwintów śrub, w taki sposób, że nakrętek najzwyczajniej w świecie nie dało się odkręcić. Takim sposobem temat odkręcanych śrubek został zamknięty w naszej podstawówce. To w takich sytuacjach, czasem jak widać nawet po ponad dwudziestu kilku latach, zaczynam doceniać mądrość zwykłych szarych ludzi, których wcześniej być może nawet nigdy nie dostrzegałem.

Jeszcze raz dziękuję za przekazaną wiadomość. Trzymam kciuki, że co najmniej do świąt (najlepiej Wielkanocnych, albo i dalej) syn nic już nie nawywija.

Korzystając z okazji życzę Pani wszystkiego dobrego na święta.
Dużo zdrowia, spokoju, wspaniałych chwil z rodziną.
Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku

Mariusz Ciszewski

 

LEON_awka_2-os[1]
Źródło grafiki: http://www.bener.com.pl

Reklamy

Posted in O konsekwencjach, O nagrodach i karach, O rodzicielstwie bliskości, Twórcze rodzicielstwo | Leave a Comment »

O „pyskowaniu” wprost z ust „pyskacza”…

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 22 listopada 2017

Choć dziś jestem rodzicem, często stawiam się w sytuacji dziecka. Czasem trudno jest pewne rzeczy pokazać inaczej (nie wchodząc w jego rolę). Zwłaszcza drugiej osobie, która, jak to być dzieckiem, dawno już zapomniała (być może tego potrzebowała).

Nigdy nie lubiłem, kiedy ktoś w mojej obecności zwracał się do dziecka słowami „nie pyskuj”. Językiem, jakby nie było wulgarnym, raniącym i poniżającym. Językiem wbijającym sztylet w relację dziecko-rodzic, która, jak mało która, tak bardzo powinna opierać się na bliskości.

Kiedy wyobrażam sobie, że (choćby na kilka chwil) znów jestem dzieckiem (czarująca, i piękna potęga wyobraźni) i słyszę „nie pyskuj” z ust osoby rzekomo mi bliskiej, tylko dlatego, że głośno zamanifestowałem coś co mi się nie podoba, coś, z czym się nie zgadzam, robi mi się niewiarygodnie przykro. Kiedy w dodatku słyszę te słowa od osoby, która sama do mnie „pyskuje” na każdym niemal kroku, to oprócz smutku rodzi się we mnie złość i nienawiść. Może i jestem młody i niewiele jeszcze rozumiem, ale to akurat widzę niezwykle wyraźnie. Tego się nie da przegapić. Oto widzę kogoś, kto sam, raz po raz nie potrafi skorzystać z daru spokojnej rozmowy, nie próbuje mnie w ogóle zrozumieć, a zamiast tego, niewybrednym językiem objeżdża mnie z dołu do góry za wszystko co zrobię niewłaściwie. Do tego ten ktoś (kto wobec mnie tak często posługuje się „pyskowaniem”) ni stąd ni zowąd, nie sobie, ale właśnie mnie wypomina „pyskowanie”. Jestem wściekły, bo nienawidzę absurdów. Nienawidzę obłudy. A taki absurd i taką właśnie obłudę serwuje mi Tata / Mama.

Pora wrócić z dzieciństwa w dorosłość, i oczyma dorosłego spojrzeć na problem. Nie dziecka, lecz nasz. Nie można od dziecka wymagać naśladowania pozytywnych wzorców, na co dzień niemal serwując mu byle jakie. Obdarzamy dziecko wzorcami najlepszymi, jakie tylko potrafimy z siebie wykrzesać? Oczywiste. Jasne. Ale one są mega dalekie od doskonałości. Nie oczekujmy doskonałości, samemu nie będąc doskonałymi. Nie oczekujmy „niepyskowania” samemu na co dzień do naszych dzieci „pyskując”.

Posted in O biernej agresji, O metodach, O pochwałach i ruganiu, O różnicy zdań, O rodzicielstwie bliskości, Przemyślenia własne | Otagowane: , , | Leave a Comment »

Paradoks wiary w doskonałości

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 23 października 2017

Wielu ludzi uparcie twierdzi, że prowadzę antyreligijną krucjatę. Pytają, dlaczego to robię.
Jeśli rzeczywiście prowadzę taką „krucjatę”, odpowiedzią będzie paradoks wiary w doskonałości.

Paradoks wiary w doskonałości:
Człowiek, który wierzy w doskonałości, mimowolnie zaczyna być doskonałym.
Im doskonalszym się staje, tym gorszym.

Posłowie:
Ludzie zachłyśnięci doskonałością tracą umiejętność widzenia i przyznawania się do własnych błędów.
Co gorsza – wymagają doskonałości od ludzi wokół.
Z wyznawania doskonałości nie płynie absolutnie nic dobrego.
Przeciwnie, staje się ono początkiem wielu bardzo złych rzeczy.

Posted in Ciekawostki, O wierzeniach, Przemyślenia własne, Złote myśli | Leave a Comment »

O lepszych konsekwencjach płynących z bolącej kostki brata

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 8 czerwca 2017

Znajoma zapytała mnie wczoraj:

„Jeśli zawalisz w pracy projekt to nie będzie premii – to jest kara czy konsekwencja?
Jeśli bardzo, bardzo zawalisz to Cię zwolnią – kara czy konsekwencja?”

Zapytała mnie w kontekście do mojego facebookowego komentarza do wpisu traktującego o nagrodach i karach:
http://www.gosiastanczyk.pl/o-dziewczynce-ktora-robila-przysiady/

Tu wkleję to, co odpisałem. Dzięki temu treść nie przepadnie w czeluściach Facebooka, zwłaszcza, że owa treść wydała mi się nader ważna. Być może przyda się jeszcze nie raz.

Kary są ludzkie, i się po prostu zdarzają. Zwłaszcza, gdy na daną chwilę nie mamy lepszego pomysłu. I ja wiele razy miałem ochotę się na dziecku jednym czy drugim w ten sposób wyżyć, odegrać, zemścić, wymierzyć „sprawiedliwość”. Ale, litości. Nie bądźmy z takich sytuacji dumni. Nie róbmy z nich sposobu na życie. Nie zwalajmy winy za nasze postępowanie na dzieci. Kara to odwet (więc nie ma wiele wspólnego z konsekwencją). Jako rodzice często wpadamy w poczucie winy w związku z wymierzoną karą (nie jedziesz na wycieczkę, nie masz przez miesiąc komputera, o szarpaniu, czy zwyzywaniu nie wspominając). Ale ponieważ źle się z tym co robimy, czy zrobiliśmy dziecku czujemy, staramy się przyczynę (w naszej głowie) zwalić na dziecko (“zobacz do czego mnie doprowadziłeś”). I nie ważne czy będzie to, żona, której „się oberwało” od męża, czy dziecko, które poszło spać bez kolacji, czy wreszcie „człowiek, którego ponoć bóg nie skazuje, tylko rzekomo ten człowiek sam się skazał”.

Kary się zdarzają. To prawda. Są ludzkie. Ale nie róbmy z tego powodu do dumy, czy sposobu na życie. Są oznaką naszej słabości w danej chwili, wynikiem na taką chwilę braku lepszego pomysłu na przekazanie czy towarzyszenie dziecku w poznaniu czegoś nowego, być może bardzo ważnego.

Niestety (między innymi) obecność modelu nagród i kar w biblii (wymuszanie zachowań wizją / groźbą śmierci, czy wiecznego życia w męczarniach, bo przecież bóg / rodzic ma taką władzę) przyczynia się to tego, że wielu postrzega ten model jako wzorowy tudzież chwalebny. Zamiast się rozwijać, powielamy chłam. Zamiast wziąć odpowiedzialność za to co robimy, lub zrobiliśmy, oznajmiamy: „ja go nie karzę, on tylko ponosi konsekwencje swojego zachowania”. Smutne to i destruktywne.

Zamiast tego, mądrzej byłoby się 3 razy w czółko stuknąć i zrozumieć, że konsekwencją tego, że dziecko kopnie brata w kostkę, będzie to, że ta kostka będzie brata boleć. Szlaban na bajki z kolei będzie karą (niewiele przynoszącą ulgę w cierpieniu kopniętej kostki brata, a przeciwnie, szczepiącą kolejną patologię: czerpanie przyjemności z zadanego odwetu, która w gruncie rzeczy nie jest nikomu do niczego potrzebna). Tylko tego mi jeszcze trzeba by nauczyć młodego przy przylatywał mi co chwila skarżyć co mu zrobił starszy, by ów młodszy mógł mieć z tego radochę… Rodzic jestem, czy dupa? Chcę sprawić, by moje dziecko nauczyło się „prawa i sprawiedliwości”, czy może jednak jakiejś głębszej życiowej mądrości i idących za nią umiejętności?

Poczuliśmy bezradność? Daliśmy karę? Nazwijmy to uczciwie i po imieniu. Miejmy odwagę przyznać się do słabości. Nie szukajmy dla siebie usprawiedliwień, nie mydlmy sami sobie oczu. Nikomu to nie pomaga, a mści się na wszystkich wokół. A na nas samych najbardziej. Stąd mój apel: umiejmy rozróżniać pojęcia „konsekwencji” i „kary”. Nie stosujmy ich zamiennie. I nie próbujmy za wszelką cenę nazywać kary konsekwencją, bo to kłamliwe i obłudne.

Wracając do pytania znajomej, w zasadzie nie muszę już chyba wiele dodawać, a przynajmniej chciałbym wierzyć w to, że po kilku wcześniejszych zdaniach pewne sprawy stały się oczywiste (celowo nie odpowiedziałem znajomej wprost). Dając prostą odpowiedź natkniemy się zazwyczaj na opór. Więcej osiągniemy zostawiając komuś bezpieczną przestrzeń na przemyślenia (zarówno sobie, jak i tej osobie). Jeśli zauważymy pewną zależność pomiędzy karą i słabością osoby tę karę zarządzającą (brakiem lepszego pomysłu tej osoby na daną chwilę), może się za chwilę okazać, że dostrzeżemy również swoiste różnice między rolą rodzica i pracodawcy. Pracodawca ma ten komfort, że nie jest rodzicem. Wydaje mi się, że pracodawca nie potrzebuje brać na siebie brzemienia dobrego wychowania pracownika (czy też dawania pracownikowi bezpiecznej przestrzeni, w której ów pracownik będzie mógł się rozwinąć). Może jestem „niepoprawnym realistą” ale mogę chyba założyć, że to znajduje się poza obszarem zainteresowań przeciętnego pracodawcy (wydaje mi się, że ma prawo oczekiwać już ukształtowanego, sumiennego, uczciwego i odpowiedzialnego pracownika). Intuicja podpowiada natomiast, że dawać przestrzeń i towarzyszyć w rozwoju własnego dziecka to bez wątpienia zadanie dla każdego rodzica (w domyśle odpowiedzialnego, mądrego i kochającego, z roli własnego zadania, gotowego do wyzwań i poświęceń). U pracodawcy taki model się raczej nie sprawdzi, u rodzica – jest szansa na to, że pewnego dnia oboje (rodzic i dziecko) dojdą do wniosku, że „było warto„. Czego Wam i sobie z całego serca życzę.

Trzymajmy za siebie kciuki (może będzie nam łatwiej, skoro już rozumiemy, dlaczego tak ważna jest umiejętność odróżniania „konsekwencji” od „kary”). Życzę nam wszystkim jak najlepszych konsekwencji wszystkich naszych rodzicielskich zabiegów płynących z naszej rodzicielskiej mądrości i miłości (nie koniecznie z prawa i sprawiedliwości…).

Posted in O biernej agresji, O karach cielesnych, O konsekwencjach, O metodach, O nagrodach i karach, O rodzicielstwie bliskości, Przemyślenia własne, Twórcze rodzicielstwo | Leave a Comment »

Rodzicielski tandem

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 31 Maj 2017

Trochę przez przypadek trafiłem na jeden ze swoich wpisów z przeszłości (Pośladki z galarety). I tak się tylko zastanawiam jak szybko moje (dzieci) „wyszorują” ze mną do domu spokojnej starości… 😉 I czy „wyszorują” szybciej ze mną czy z moją żoną 😉 W małżeństwach jest o tyle trudniej, że na rodziców składasz się zarówno ty, jak i twój partner / partnerka. O ile łatwo wziąć odpowiedzialność za siebie / zmienić coś w sobie, o tyle trudniej wzajemnie ogarnąć rodzicielski tandem. Nawet jeśli, szczęśliwie tematem sporów nie są „klapsy”, to i tak pozostaje zazwyczaj mnóstwo sytuacji, które bywają toksyczne (czasem mega toksyczne), a na które w pojedynkę (pojedynczy rodzic z rodzicielskiego tandemu) nie za bardzo potrafimy wpłynąć. Choćbyśmy posiedli całą merytoryczną wiedzę świata, i tak przerośnie to często nasze najznamienitsze telenta. Wiadomo, że we dwójkę większość tematów „ogarnąć” jest dużo łatwiej, ale są i takie, na które dużo łatwiej mieć wpływ w pojedynkę. To taki paradoks rodzicielstwa, a może i pocieszacz dla samotnych matek tudzież samotnych ojców 😉
 

Posted in O karach cielesnych, O kobietach i mężczyznach, O konsekwencjach, O metodach, O nagrodach i karach, O pochwałach i ruganiu, O różnicy zdań, O rodzicielstwie bliskości, O zasługiwaniu na miłość, Przemyślenia własne, Twórcze rodzicielstwo | Leave a Comment »

O niekobiecych kobietach, uskarżających się na niemęskich facetów

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 29 października 2015

„Zacznij być mężczyzną”, rzekła do mężczyzny niekobieca kobieta.

Nie jedna z resztą. Nie ta pierwsza i nie ta ostatnia. O niespełnionych kobiecych marzeniach nasłuchał się zapewne nie jeden z nas (facet). Tak jak cukierek nie staje się słodszy przez powabność i barwność papierka, tak kolczyki, szminka tudzież perfuma a nawet biust nie zrobią z „hardkora” kobiety.

Kobieta to stan umysłu.

Osobowość, charakter. Cukierek kryje się we wnętrzu papierka. Zdarza się jednak, że go tam nie ma, mimo obecności najwspanialszego nawet papierka…

Tekst Berta prowokuje?

Na pewno prowokuje do myślenia. Przeczytałem właśnie tekst „Kobieta słabego faceta, będzie gnębić do końca życia„. Z niepokojem obserwuję kierunki obierane przez wybranych terapeutów. Tych sugerujących jakoby odpowiedzialność za niekobiecość kobiet należało lokować po stronie mężczyzny. A gdyby tak nagle te role odwrócić? Gdyby się miało okazać, że niekobiecość kobiety wcale nie wynika z niemęskości faceta, a wręcz przeciwnie, niemęskość faceta, wynika z niekobiecości kobiety? Czy znany terapeuta (z podzieloną opinią) rozważy również tę opcję?

Równowaga zawsze odnajdzie drogę…

Często kosztem zamiany ról. Gdy kobieta okazuje się żandarmem, tudzież wojskowym… Kiedy to ona bucha testosteronem. Rysuje strategie, układa plany walk. Wytycza kierunki i ścieżki. Egzekwuje, rozlicza, beszta i karze? Potrafi być twarda jak kamień, i zimna jak lód, a nade wszystko ceni zasady?

Co pozostanie mężczyźnie, jeżeli nie to, by zadbać o to, czego w rodzinie do równowagi brakuje?
Dlaczego zakładać, że nie stanie się on wtedy kimś czułym, wrażliwym, delikatnym, wyrozumiałym? Przynajmniej wobec dziecka, którego jest rodzicem, obok, rzecz jasna, bycia w tym samym czasie, mężem własnej żony?

Ktoś musi wziąć to na siebie…

Jeśli w rodzinie cech męskich aż nadto, ktoś w końcu musi wziąć to na siebie, i…
Stać się kobietą…

Sytuacja dzieci w rodzinie

Może być najtrudniejsza. Zdaniem Berta Hellingera miejsce chłopca jest przy mężczyźnie, córki, przy kobiecie. Co z rodziną, w której role męskie gra kobieta, kobiece zaś odgrywa facet? Przy kim jest wtedy miejsce chłopca? Przy kim miejsce dziewczynki? Co z dzieckiem, które nie wie, przy kim ma stanąć, z kim ma się identyfikować? I co na to Hellinger?

Chyba muszę przeczytać którąś z jego pozycji. Być może wtedy dowiem się więcej…

Posted in O kobietach i mężczyznach | Leave a Comment »

Pośladki z galarety, czyli o domach spokojnej starości, i tym, jak dać sobie szansę, by do nich (nie)trafić …

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 24 lipca 2015

Za „Kocham. Nie daję klapsów”: Nie zapomnij, że dziecko kiedyś stanie się nastolatkiem z buzującymi pod sufit hormonami, być może silniejszym od Ciebie. Jak wtedy poradzisz sobie bez klapsa? Twój mały syn/córka stanie się kiedyś dorosłym, a Ty będziesz starcem (być może niedołężnym, nieporadnym, dziecinnym w swoim zachowaniu, wymagającym opieki, cierpliwości i zrozumienia). Wasze role się odwrócą – to on/ona będzie mieć „władzę”. Chcesz, żeby opiekując się Tobą, używał/a wobec Ciebie podobnych metod?”
Polecam ten tekst i cały cykl o alternatywach dla klapsa na blogu Oczami Rodzinki: http://oczamirodzinki.stronazen.pl/klapsy-ich-wady-i-wady/

Lubię tę prawdę. Wyciągam ją w różnych sytuacjach. Na jednym z rodzinnych „zjazdów międzypokoleniowych” również się pojawiła. Wzmianka o „dziadziulach” i „babulach” trzęsącym pośladeczkami ze strachu przed „domem spokojnej starości”, biadolących na „nieczułą” i „bezduszną młodzież” (autentyk z profilu Mądrzy Rodzice, gdzie perę emerytek się uaktywniło, i zaczęło biadolić jaka to dzisiaj niedobra młodzież, i jakie to one teraz są biedne i nieszczęsne bo się boją czy czasem „bezduszne” i „nieczułe” dzieci ich do domów starców nie upchną). Ciekawe tylko skąd te, cytuję, „bezduszne” i „nieczułe” dzieci się wzięły (bo na pewno nie z przytulania i wrażliwości ich rodziców ;-). „Trzaskające ze strachu pośladki” zawsze robią na współbiesiadnikach piorunujące wrażenie ;-). W pierwszej chwili zapada charakterystyczna cisza, gdy nagle najmądrzejsze i najbardziej wygadane osoby nie wiedzą co powiedzieć. Aż po chwili ktoś zauważa „faktycznie coś w tym jest”.

Chyba lubię szokować ;-). Ponaigrywać się czasem z „dorosłej głupoty”, lekkomyślności, krótkowzroczności z lubością gromadzących się w kołach wzajemnej adoracji „rad starszych” 🙂 Tak, tak, wiem, że drzew o pewnym wieku się nie przesadza, ale… 😉

Dziś też jestem też na pozycji „tego starszego”. „Tego dorosłego”. „Tego rodzica”. Ale strasznie mnie wkurza, gdy ktoś zaczyna cedzić farmazony i pseudomądrości na temat tego, jak to się powinno dzieci „trzymać krótko”, bo inaczej „wejdą na głowę”. To żenujące tak siedzieć, grzecznie się uśmiechać i udawać, że nie ma się niczego w temacie do powiedzenia. Zwłaszcza, kiedy obserwuje i widzi się sporo, a do powiedzenia ma jeszcze więcej.

Wstyd mi, kiedy ktoś z moich bliskich z lubością wypowiada się o karaniu, klapsach, dyscyplinie… Ale z drugiej strony – to zawsze dobra okazja do tego, żeby pozwolić sobie nieco zabłysnąć (skoro wszyscy tak bardzo się o to proszą 😉 ). Obnażyć, z przymróżenim oka, pożartować z „babulek i dziadziusiów później trzęsących dupciami ;-)” na myśl o domu spokojnej starości ;-). Pokiwać głową i towarzysko powzdychać nad rzeczywistą głupotą rzekomej mądrości 😉

Kiedy kończę temat dorzucam na koniec: „Jeśli moje dziecko odda mnie kiedyś do domu spokojnej starości, nie będę miał prawa mieć do niego o to, żadnych pretensji. Bo będzie to oznaczało nie mniej, ani nie więcej, ale właśnie tyle, że to ja coś (w moim byciu rodzicem) spieprzyłem. Że to gdzieś z mojej strony zabrakło kiedyś wrażliwości, delikatności, wyczucia…

Jakże w podobnej sytuacji mógłbym mieć wtedy czelność oczekiwać czegoś podobnego ze strony własnych dzieci?
Jakież miałbym wtedy prawo oczekiwać od nich, by były wobec mnie zawsze cierpliwe i wyrozumiałe, jeśli ja sam wobec nich taki nie byłem?

Posted in O karach cielesnych, O nagrodach i karach, O rodzicielstwie bliskości, Przemyślenia własne | 1 Comment »

Wielka księga siusiaków, Wielka księga cipek

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 15 września 2014

W nawiązaniu do poprzedniego mojego wpisu linkuję książeczki (tak, jak najbardziej mam świadomość, że dzieje się to nie po myśli ruchów wielce „ratujących dzieci”). Tak wiem, i jestem z tego dumny… W mojej opinii książka, bardzo fajna, napisana (i narysowana) z jajem (nie jednym z resztą) ;-). Jak najbardziej materiał i dla rodzica, i dla dziecka (dla obojga) jako ewentualny pretekst do tego, by, kiedy tylko zajdzie potrzeba, w sposób nieskrępowany pogadać o ewentualnych problemach, wątpliwościach, nie w atmosferze zmieszania, czy zażenowania, ale z uśmiechem na ustach, nieco z przymrużeniem oka. Co mnie bardzo cieszy porusza / komentuje również specyficzne podejście (różnych) religii do „tych tematów”, subtelnie je ironizując. Cieszę się, ponieważ jest to jedna z okazji, przy której moje dziecko będzie miało możliwość nabrać dystansu i traktować swoją seksualność, nie ze strachem, obrzydzeniem, ale z akceptacją i rozumieniem siebie i swojego ciała, a wręcz z miłością do niego! Możliwość nabrania zdrowego podejścia do tematu. Osobiście nie traktuję owej pozycji jako podręcznik wyczerpujący owy temat (z pewnością mu do niego daleko), a jako wygodne, i komfortowe narzędzie do zapoczątkowania rozmowy. Być może posłuży mojemu dziecku jako pretekst czy inspiracja właśnie do rozmowy, lub zapytania o być może bardziej merytoryczne materiały. Tego typu ewentualny prezent zdradza też (dziecku) moje własne podejście do tematu, dzięki (nie tylko) temu zna pewnie moje własne nastawienie, gotowość do rozmowy, nieskrępowanie, lekkie podejście. Jeśli będzie potrzebowało, z pewnością przyjdzie (po raz nie pierwszy z resztą).

Także, przyłączę się do akcji „stop molestowaniu”, a i owszem, ale będę miał na myśli, przede wszystkim walkę z tym, co rzeczywiście widzę, i czego sam doświadczałem w młodości, gorliwym i bogobojnym katolikiem będąc, (i co w moim przekonaniu w sposób masowy wyrządza dzieciom krzywdę), a więc z chorym wpychaniem ich w poczucie winy. Z wmawianiem im, że są niedobre, złe, niegodne, brudne, nieczyste, winne… Ratujmy dzieci (pozwólcie, że się przyłączę), ale nie przed zdrową i naturalną ich seksualnością (absurd) ale przed chorymi wierzeniami, które starają się zrobić z nich zboczeńców, psychopatów, brudasów, niegodnych, grzeszników, i nie wiem co jeszcze…

Oczywiście jest i książeczka opisująca i drugą płeć.

Wartościowej lektury i pogadanek (sympatycznych) z dzieckiem bez liku (ile mu / wam tylko będzie potrzeba).

Życzy Mariusz 🙂

Posted in O seksualności, O wierzeniach, Przemyślenia własne | Leave a Comment »

Dzięki Bogu już weekend – Wykład o gender

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 13 września 2014

Posted in Filmy, O seksualności | Leave a Comment »

Nie maltretuj dziecka własnymi wierzeniami

Posted by Mariusz Ciszewski w dniu 13 września 2014

Dużo mówi się o molestowaniu seksualnym. Pod owe molestowanie próbuje się podciągać dziś wszystko. Z edukacją seksualną włącznie. Podnoszone są walki w imię heroicznie brzmiących haseł o ratowanie dzieci przed… ich własną… seksualnością… Oh… Ratujmy nasze dzieci! Oh, żeby tylko czasem nasze dziecko nie dowiedziało się nieszczęsne, że ma siusiaka lub cipkę… Och, bo może stać się tragedia, jeszcze się nieszczęsne dowiedzą, że owe narządy mogą sprawiać przyjemność, a nie daj boże ktoś im jeszcze powie, że mają im prawo sprawiać ową przyjemność, to już na prawdę apokalipsa się stanie :-P.

W mojej ocenie najprawdziwsze wręcz maltretowanie seksualne serwują dzieciom tak na prawdę wszelkiej maści religie. Z religią katolicką na czele… Mówię tu o wpychaniu w poczucie winy, wmawianiu dzieciom, że robią coś złego, okropnego, wstrętnego. Że robiąc to, stają się niedobre, złe, niegodne, brudne, nieczyste, winne… One w to wierzą. Choć ulegają zupełnie naturalnym rozwojowym fazom, terroryzuje się je mentalnie i zmusza do ciągłego przyznawania się do „winy”, i przepraszania. Dają się wciągnąć w tę chorą grę… A dzieci biernie pozwalają się nad sobą pastwić… Bo niby kto im pomoże? Kto je obroni przed wierzeniami rodem ze średniowiecza? Kto wyrwie ich z tego całego, szalonego opętania, w które są wpędzane? A najgorsze, i najsmutniejsze jest to, że dzieci, nasłuchawszy się bzdur, na prawdę zaczynają w to wierzyć, przejmują się, przeżywają, żałują, czują wewnętrzne rozdwojenie, walczą sami ze sobą, często wręcz nienawidzą siebie, biczują się mentalnie i moralnie, usiłują leczyć… ( patrz: http://onanizm.pl/ dziś poblokowane, niegdyś ogólnodostępne ).

Owszem, są i tacy, którzy próbują im (dzieciom obecnie skazanym na tego typu postrzeganie rzeczy) pomagać. Walczą o nową jakość rzeczywistości. Chcą walczyć z obłędem. Lecz tych jednak usiłuje się sadzać do więzień ( http://www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/sejm-odrzucil-projekt-dot-edukacji-seksualnej,62849.html ). Na szczęście bezskutecznie.

Czy na prawdę mamy ochotę przyklaskiwać kultowi dziecka aseksualnego?
Czy na prawdę mamy ochotę je mentalnie kastrować? Nie sądzę. Ja przynajmniej nie mam zamiaru.

Ratujmy dzieci (pozwólcie, że się przyłączę), ale nie przed naturalną ich seksualnością (z którą najzwyczajniej w świecie się rodzą) ale przed chorymi wierzeniami, które starają się zrobić z nich zboczeńców, psychopatów, brudasów, niegodnych, grzeszników, i nie wiem co jeszcze…

Ratujmy dzieci. Walczmy z obłędem… Nie tylko katolickim…
„‚Decyzje o tym, że odetnie swojego penisa podjął w drodze do szkoły. Zaraz po modlitwie. Poprzedniego wieczoru Bóg widział jak się masturbuje. Przyjemność szybko została zagarnięta przez poczucie winy, które trwało aż do przeprosin. Unikał tej rozmowy, rozmowy ze swoim ojcem w niebie, chociaż tylko z nim mógł porozmawiać o wszystkim. Czasami pozwalał sobie na trzy dni masturbacji, a dopiero potem klękał przy łóżku, albo w lesie pod brzozą i przepraszał, dopóki nie poczuł, że przeprosił.’ „

http://wyborcza.pl/12,82983,16621143,_Wychowalem_sie_w_rodzinie_Swiadkow_Jehowy__czyli.html#ixzz3D8Q0us2

Posted in O seksualności | Leave a Comment »